czwartek, 12 grudnia 2013

O końcu Projektu: Odgracanie. O zakupach i koktajlu z buraka. I jeszcze troche o książkach i o choince :)


Na dzisiaj wypada ostatni dzień projektu „Odgracanie” (jestem fanką naszego ojczystego języka, a jednak w uszach dzwoni mi piękne słówko „decluttering” tak często powtarzane na angielskojęzycznych blogach :) ). Pozbywam się łącznie 25 rzeczy, w tym: nowy dom znajdą 4 pary kolczyków, spodnie, kilka bluzek. Reszta jest do wyrzucenia.
Najlepszy prezent od Mikołaja! Musicie wiedzieć, że nie do końca jestem wierna Połówkowi, szaleję bowiem za Muchą, Klimtem i Axentowiczem :)

Książek nie odważyłam się ruszyć, nawet tych „do magisterki”, które przecież już mi się nie przydadzą. Chyba zbyt wielkim uczuciem darzę słowo pisane, a gdybym tylko mogła, to nasze mieszkanie wyglądało by jak Empik. Ahhhh marzy mi się własna biblioteczka. Mogę być minimalistą w kwestii ciuchów, kosmetyków, wszelkiego typu akcesoriów do domu, ale w przypadku książek? Nigdy! Najchętniej przeczytałabym wszystkie.

25 rzeczy to chyba dobry wynik na początek. Zawsze to jakiś start w pozbywaniu się rzeczy. No i zrobiłam miejsce dla kilku nowych nabytków. Nie byłam na porządnych zakupach od sierpnia (chyba, że liczy się kupowanie skarpetek? :) ), odzwyczaiłąm się od tego. Ale pierwszy dzień w nowej pracy nieuchronnie się zbliża i wypadałoby się tam jakoś prezentować. Zakupy były przemyślane i pokrywały się z moją listą mast hewów (tfu!). Starałam się wybrać możliwie najporządniejsze rzeczy w ramach dostępnego budżetu. Niestety póki nie otrzymam pierwszej wypłaty skazana jestem na wyroby Inditexu i na poczciwy H&M. Mam tylko nadzieję, że nowe nabytki trochę przetrwają. Postawiłam na rzeczy bazowe: czarna bluzka, czarny luźny sweterek, bluza (znaleźć bluzę bez głupiego napisu to cud! Nie chcę żadnego „twerkania”, żadnego „fuck off” i innych głupot) i czarna torebka. Wszystko mi się przyda i może wreszcie przestanę podkradać sweter Połówkowi. Żartowałam, nie przestanę :)


Jeden projekt wyszedł fajnie, za to „Tanie Odchudzanie” położyłam po całości. Już się tłumaczę: najpierw rozbolała mnie ósemka (ząb mądrości? Chyba wredności!), potem miałam urodziny (a Mama Połówka upiekła taaaaaaki pysznyyyy torcik czekoladowy…), potem znajomi zaprosili nas na obiad, a wczoraj zaczęło mnie łapać przeziębienie (już pokonałam wredne bakterie i wirusy z użyciem metod naturalnych-gripex nie ma szans w porównaniu do miodu i herbatki z domowym sokiem malinowym, a no i z rosołkiem... z torebki :D ). To wszystko spowodowało, że ćwiczyłam mniej, bo ciężko wykonywać jakieś wygibasy kiedy ból zęba rozsadza ci czaszkę. No i dieta nie wyglądała cudownie. O dziwo wymiary w ostatnim mierzeniu nawet dobrze wypadły: w talii 63,5, w biodrach 88 i w udzie 50. Mimo wszystko zdjęć nie wstawiam, bo nie ma się czym chwalić za bardzo.

Nie, to nie barszczyk :) Na blogu Ania Maluje podpatrzyłam koktajl z burakiem. Skoro pietruszka przestałą już być czymś gorszącym w owocowych koktajlach, to przyszła pora na buraczka. Smak kontrowersyjny, ale całkiem niezły. I jeśli mam być od tego zdrowsza i ładniejsza, to mogę takie wynalazki nawet codziennie pić. W tle "Siłą nawyku", czyli moja ostatnia lektura.

Kiedy byłam mała choinkę u mnie w domu ubierało się koło 6 grudnia. Postanowiłam wdrożyć ten zwyczaj na naszym mieszkaniu. Będzie można dłużej cieszyć się klimatem, zwłaszcza że Święta spędzimy poza domem.

4 komentarze:

  1. Fajny post;) ciekawa ksiazka ! Pokazesz jak wygladaja twoje wlosy z tylu *,*?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli tylko uda mi się je troszkę ogarnąć :) Włosiska żyją swoim własnym życiem.

      Usuń
  2. Choinka jest śliczna! ;)
    fondestdream.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za pochwalenie mojej wizji :)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...