Pokazywanie postów oznaczonych etykietą idealne ciało. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą idealne ciało. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 lipca 2015

Poradnik Córki Młynarza - czyli jak przetrwać lato będąc Bardzo Bladą Osobą





Lato to ciężki moment dla bladziochów. Jak to nie możesz wysiedzieć na słońcu przy czterdziestostopniowym upale? Jak to się nie opalasz?! Jak to w cieniu?! I jak to, że SPF 50?! Żarty sobie robisz?
Sprawa jest prosta, chociaż dla niektórych taka trudna do zrozumienia: istnieją ludzie, którzy się nie opalają. Tylko tyle.

Dzisiaj oddaję hołd wszystkim bladziochom - wiem, że czasem macie ochotę wybić zęby setnej osobie, która pyta "A coś Ty taka blada?" - więc na osłodę dzielę się moimi sposobami przetrwania lata.

Jeśli należysz do klubu BBO (Bardzo Bladych Osób) i masz własne patenty, to podziel się nimi w komentarzu. Niech i inni skorzystają :)

#Mentalność

Najbardziej wkurza mnie zawsze bycie swoistym "miernikiem opalenizny". Czemu ludzi tak jara przykładanie ich przedramienia do mojego i stwierdzanie, że są opaleni? Czy ja podchodzę do kogoś i porównuję to, że mam dłuższe nogi, lepszą talię, albo gęstsze włosy? Wkurzają mnie komentarze w stylu "O! Jaka opalona!" i wysyłanie mnie na solarium. Nikt nie ma prawa mówić ani mi ani Tobie, jak mamy wyglądać. Możemy sobie być tak blade jak tylko chcemy. Ba! Możemy nawet oślepiać swoją bladością i nikomu nic do tego.


#BB do ciała

BB, albo CC, chociaż DD też widziałam. Zazwyczaj zawierają trochę pigmentu, ale nie na tyle żeby narobić sobie paskudnych plam i smug jak w przypadku samoopalaczy. Ten, który obecnie posiadam jest... różowy. Ładnie wyrównuje koloryt i dodaje skórze satynowego blasku, ale nie próbuje mnie przerobić na Mulatkę. Dobre są też rajstopy w spreju, chociaż tutaj aplikacja wymaga już trochę więcej roboty.


#SPF 50

Większość bladziochów ma problem ze słońcem - na chwilę się zapomnisz, nie posmarujesz, nie zakryjesz, nie schowasz w cieniu i po kilku godzinach zamiast skóry masz piekący czerwony twór. Filtry mają różną prasę (że rakotwórcze, że ograniczają produkcje witaminy D), ale jeśli mam wybierać pomiędzy smarowaniem się białą mazią, a bólem poparzonej skóry, to... chyba wiecie, co wybiorę?



#Bycie FIT

Opalenizna jest świetnym filtrem dla braku jędrności, dla cellulitu, rozstępów i innych małych defektów. Opalone ciało wygląda szczuplej, jędrniej, apetyczniej. Niestety my nie mamy co liczyć na ten filtr, dlatego musimy być bardziej zadbane niż koleżanki, które wyjdą na godzinkę na słonko i będą wyglądać jak boginie.


# Ciuchy z naturalnych materiałów

Jeśli lekko się przysmażysz, to pierwszym krokiem planu naprawczego powinno być osłonięcie skóry. Możesz schować się w cieniu, możesz też narzucić na siebie bawełnianą bluzkę. Wbrew pozorom w długich ciuchach możesz wcale nie odczuwać większego gorąca - jeśli tylko nie są wykonane ze sztucznych i ciemnych tkanin. A najlepszym patentem kiedy za oknem upał, a Ty musisz się zakryć jest długa kiecka! Modnie, ładnie i wygodnie!


#Balsam z mocznikiem

Na poparzenia słoneczne wszyscy polecają D-Panthenol, ale szczerze mówiąc wypróbowałam już z milion produktów aptecznych i nie tylko i nigdy nie czułam jakiejś większej ulgi. Za to pewnego razu w Hiszpani nie miałam dostępu ani do apteki, ani nawet do zwykłego sklepu. Miałam tylko próbkę balsamu z mocznikiem, więc wysmarowałam się nim ile się dało. I dla mojej skóry to niesamowita ulga. Patent stosowałam teraz po tym, jak spiekło mnie słońce w górach i znowu się udało :)

#Kapelusz

Lato i wisząca na niebie nieubłagana lampa to idealny pretekst, żeby się schować pod kapeluszem. A przy okazji możesz rzucać tajemnicze spojrzenia spod szerokiego ronda albo zawadiackie uśmiechy wprost spod lekko przekrzywionej fedory. Każda znajdzie coś dla siebie.






Czego się wystrzegam?

#Samoopalaczy

Problem nr 1 to plamy. Nawet jeśli równo się posmaruję to i tak potem pójdę popływać, albo zwyczajnie pod prysznic. I wyjdę ze skórą w ciapki.
Problem nr 2 to kwestia tego, że i tak nie uda mi się wysmarować równiuteńko całego ciała. Nogi, ręce, szyja, twarz, kolana, stopy, łokcie. Zawsze coś się pominie, co zdradzi, że jestem bladziochem. Będę wyglądać tylko dziwniej.


# Smutnych odcieni beżu i łososiowych

Unikam kolorów zbliżonych do skóry, bo zauważyłam, że wyglądam w nich trupio. Dobrze za to prezentują się kolory jaskrawe, które mocno odcinają się od skóry, a przy tym są wesołe. Niektórzy będą Was przestrzegać przed czernią, ale według mnie jesli lubisz i pasuje do Twojego stylu, to możesz ją nosić ile chcesz.


#Smutnej miny

Tak, chciałabym się opalać na śliczny złotobrązowy odcień. Przyznaję. Zamiast tego po wyjściu na słońce wyglądam jak polska flaga. Biało-czerwona. Ale nie zamierzam się tym zamartwiać. W końcu tylko idioci oceniają człowieka po kolorze skóry.



poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Moje sposoby na piękne i zdrowe nogi




Dlaczego tak bardzo chcę Was dzisiaj potraktować postem o żylakach? Ani to ładne, ani miłe. Już lepiej byłoby zrobić post pełen standardowych wiosennych porad w stylu "10 sposobów na piękne nogi" i wlepić tam bzdety, które każda kobieta zna ( czyli te wszystkie peelingi, depilacje, balsamowania i nutka samoopalacza na koniec). To takie milutkie i łatwe, a ja tu wyskakuje z żylakami. Po co?



1. Zobaczyłam w jakim stanie są nogi mojej starszej o kilka lat kumpeli. Ledwie stuknęła jej trzydziestka, nie była w ciąży, nie jest przewlekle chora, uprawia sport. Ma żylaki.


2. Mają je moja babcia i moja mama, więc już od kilku lat jestem świadoma, że i mnie mogą się z dużym prawdopodobieństwem dostać. Dlatego już jakiś czas temu zaczęłam czytać o tym, jak przeciwdziałać tej cholerze. I może warto byłoby część tej wiedzy puścić w świat.


3. Wyczytałam, że w Polsce żylaki ma ok 90% starszych kobiet. Wprawdzie w artykule zabrakło źródła tej informacji, więc jest jakaś szansa, że została ona zwyczajnie zmyślona, ale załóżmy, że dane są mniej więcej prawdziwe. 90% to ogromna ilość! Z drugiej strony może można się załapać do tych 10?




Ok to teraz konkret, czyli co nam pomoże w przeciwdziałaniu żylakom, a co może przyspieszyć ich pojawienie się na naszych zgrabnych nóżkach?



Powyższe informacje czerpałam z wielu różnych artykułów, wywiadów z lekarzami, forów i stron internetowych. Zanotowałam to, co najczęściej się powtarza. Jednak jeśli masz jakieś wątpliwości, to najlepiej podpytaj jeszcze swojego lekarza. O kwestię "mam żylaki, co mogę/ czego nie mogę ćwiczyć?" najlepiej dopytać lekarza sportowego.




Co sama robię, żeby wspomóc swoje nóżki?

Mniej więcej od 22 roku życia widzę, że w gorące dni moje nogi robią się ciężkie i puchną. Dlatego zaprzyjaźniłam się z chłodzącymi żelami. Kupuję zazwyczaj te w cenie do 10 zł. Jeden z nich widzicie na zdjęciu - całkiem ok. Polecam też żel z Ziaji z wyciągiem z kasztanowca, który kosztuje w mojej aptece oszałamiające 5zł.


Mój plan po ciężkim dniu wygląda tak:
  • pozbywam się rurek - uwielbiam dżinsowe rurki i chodzę w nich przez większość czasu. Wiem, że to nie jest najzdrowsze dla nóg, dlatego zaczęłam je zamieniać w domu na coś wygodniejszego,
  • robię łydkom chłodny natrysk - nie jestem morsem, więc nie ustawiam bardzo niskiej temperatury, odczucie ma być przyjemne,
  • smaruję nogi żelem, albo żelem pomieszanym z balsamem do ciała i przy okazji robię delikatny masaż. Używam głównie techniki głaskania, zaczynam od stóp, kończę na udach,
  • układam się wygodnie na kanapie, nogi opieram o ścianę na wysokości około 30 cm. Czasem ćwiczę przez kilka minut "nożyce".

Dodatkowo od ponad tygodnia łykam preparat z Diosminą. Wybrałam ten konkretny, bo był na przecenie w SuperPharm i był o 50% tańszy od reszty. Przestudiowałam ulotkę, nie znalazłam nic, co mogłoby mnie zniechęcić i postanowiłam spróbować. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Do upiększania nóżek używam rajstop w spreju Sally Hansen. Wyglądają marnie, ale przy mojej bladości to wyjście 100 razy lepsze niż samoopalacz. Dodatkowo zawierają witaminę K, więc zawsze to jakaś dodatkowa pomoc.

*Mój magiczny sposób na nakładanie rajstop w spreju tak, żeby nie narobić sobie smug?

Najpierw nakładam balsam do ciała. Potem pryskam rajstopami na dłoń i rozsmarowuję je na skórze zanim cały balsam zdąży się wchłonąć. Po nałożeniu trzeba odczekać do 5 minut, a potem można się ubierać.


Do zdjęcia pozowały ze mną (od lewej): krzaczek maliny oraz dziwna roślinka, którą dostaliśmy w prezencie, portret Cristiny Otero mojego autorstwa, oraz prześliczny kabelek od internetu :) Nóżki bledziuszki potraktowane rajstopami w spreju SH.


Staram się też oduczyć zakładania nogi na nogę. To nie jest proste! Jakieś trzy razy w tygodniu ćwiczę około 40 min ze średnią intensywnością. Najlepszy byłby basen, ale niestety żegnając korporację pożegnałam i Multisporta :( Zmniejszyłam częstotliwość gorących kąpieli, chociaż je uwielbiam. No i staram się zmieniać wysokość obcasów w ciągu dnia: trochę na szpilkach, trochę w tenisówkach, trochę na bosaka. Mam nadzieję, że nóżki docenią wysiłek :)

Nie, nikt nie sponsoruje tego wpisu, ani ja nie namawiam Was do kupowania żadnych tabletech, preparatów, żeli i innych, jeśli nie chcecie. Ale generalnie uważam, że warto zadbać nie tylko o wygląd, ale i o zdrowie naszych nóg, bo to ona mają nas nieść przez Świat przez całe nasze życie. Warto im trochę pomóc.

czwartek, 12 marca 2015

Minimalistyczna pielęgnacja długich włosów (po mojemu)


Uwielbiam koncepcję (jak ja to nazywam) w-sam-raz-malizmu lub wystarczy-mi-malizmu. Dlaczego? Bo pozwala każdemu brać tyle, ile jest mu potrzebne. Ktoś powie, że ilość kosmetyków na zdjęciu to za dużo, a to przecież sama pielęgnacja do włosów.

Ok. Ja też widziałam osoby u których cała pielęgnacja włosów to szampon i olej. I fajnie. Ale jeszcze kilka dni temu byłam posiadaczką włosów do pępka. Grubych, gęstych i falowanych. Która przy szamponie i oleju zmieniłyby się w gniazdo a la Amy W. Poza tym wierzcie mi, że dwa-trzy lata temu było dwa razy więcej i dwa razy drożej. Tylko włosy wyglądały dwa razy... gorzej :(



No to jdziemy od lewej:

Biały Jeleń z bawełną
Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby kupić ten szampon, bo w końcu zawiera SLS, ale na pewno był to jakiś dobry fryzjerski duch. Jedyne cudeńko, które jest w stanie ukoić moją skórę głowy, zdeklasował nawet szampon dla dzieci z Rossmana. Zużyłam już chyba z 5 butelek i nie zamierzam przestać. Cena 3-5zł i bardzo ładny, delikatny zapach.

Odżywka w spreju Schwarzkopf
Taka trochę fanaberia. Silikonowe psikadełko o pięknym zapachu, który o dziwo zostaje na włosach. Nie wiem, czy wiele zmienia w ich kondycji, ale przydaje się, kiedy akurat przed zaśnięciem orientujesz się, że twoje włosy zmieniły się w jeden wielki kołtun i musisz to coś jakoś rozczesać.

Nektar Kerastase
Kiedyś go zjechałam na blogu, jako drogi bubel. Zwracam honor. Jeśli masz długie włosy, które robią co chcą, a musisz tego dnia wyglądać w miarę po ludzku, to jest sposób. Umyj włosy, nałóż nektar, wysusz – będzie lepiej. A żeby było bardzo dobrze nałóż więcej nektaru i wyprostuj. Twoje włosy będą udawać normalne aż do kolejnego mycia. Coś chyba jest w tej całej termoochronie, bo po kilku takich zabiegach nie zauważyłam większych zniszczeń. O wiele bardziej zaszkodziło moim włosom notoryczne przytrzaskiwanie w zamkach błyskawicznych. Cena zabójcza. Zapach piękny, ale nietrwały. Wydajność również zabójcza. Przy moim podejściu do prostowania i suszenia zużyję go pewnie... nigdy.

Maska Bingo SPA
Za oszałamiającą kwotę 12 zł dostajesz bardzo przyzwoitą maskę. I to pół litra. Kto nie lubi dostawać pół litra za 12zł? :) Trochę lejąca, ślicznie pachnie (i zapach zostaje na włosach), nigdy się nie kończy i robi różnicę w wyglądzie włosów.

Olej kokosowy
Aktualnie robię małą przerwę od olejowania. Ale w lodówce czeka słoiczek nierafinowanego oleju kokosowego, który wykorzystuję do gotowania i kuracji ssania oleju. Jak mnie za dwa tygodnie najdzie, to wiem, gdzie go szukać.

Odżywka Nivea
Kolejny niezbędnik długowłosej. Polecana chyba na każdym blogu, więc nie będę się rozpisywać za dużo. Bardzo gęsta i wydajna. Pomaga rozczesać długie i splątane kłaczyska bez nadmiaru łez i przekleństw.

Balsam do ciała Fenjal
Wiem, to dziwne. Taka mała pozostałość mojego włosomaniactwa. Ogólnie moje włosy i skóra głowy (nie lubię słowa skalp, zaraz widzę plemię Indian przed oczami J) lubią się przetłuszczać, ale czasem się przesuszają. Szukałam jakiejś nawilżającej maski, ale pojawił się problem. W większości produktów oznaczonych jako nawilżające nie znalazłam żadnego składnika, który mógłby faktycznie nawilżać. Wtedy pomyślałam, że przecież mam całkiem porządny balsam do ciała, więc może by tak? Ogólnie daje radę – włosy zostawia sprężyste, skórę szczęśliwą. Raz na miesiąc funduję sobie fanaberię.

Last but not least: Tangle Teezer
Za wszystkich dziwnych i z początku drogich gażdżetów promowanych usilnie na blogach ten jest wart wszystkich pochwał. Kup, jeśli widok szczotki lub grzebienia wywołuje u Ciebie spazmy. Nie pożałujesz. Po jakimś roku stosowania pomyślałam sobie, że w sumie szczotka jak szczotka. A potem zapomniałam jej zabrać na wyjazd i zmuszona byłam używać tradycyjnego narzędzia tortur. 

Pisanie o kosmetykach do włosów nie ma za bardzo sensu, jeśli nie wiemy jak wyglądają włosy piszącej. Bo może nam pokazać serię profesjonalnych kosmetyków, a sama ma 3 spalone rozjaśniaczem włoski na krzyż. Więc pokaże Wam moje włosy, takie jakie były kilka dni temu i jakie są dzisiaj.


Generalnie uwielbiam długie włosy. Długaśne. Ale na kimś. A najczęściej na zdjęciach. Wystylizowane do najmniejszego pasemka. Niniejszym oznajmiam, że nie potrafię z nimi dłużej żyć. Przez 80% czasu wyglądają niechlujnie, plączą się, a przejechanie po nich palcami może skończyć się utknięciem w śmiertelnej pułapce. Do tego wolną schną, prostowanie trwa wieki i wszędzie nimi zaczepiam (oparcie się o ścianę w windzie to błąd kosztujący za każdym razem kilka wyrwanych włosów). Toteż oznajmiłam pani fryzjerce kilka dni temu: ma być gdzieś do ramion.


Od 10 lat nie miałam takich krótkich włosów, chociaż według niektórych dalej są długie. Trochę dziwnie, ale lekko. Podoba mi się i jak na razie nie zaczęłam za nimi płakać. Zresztą wiem, że odrosną o wiele szybciej niż bym chciała. Przypuszczam, że zostanę przy tej długości, a może nawet spróbuję jeszcze je skrócić. Dlatego za parę miesięcy moja włosowa kosmetyczka może ulec jeszcze zmniejszeniu, ale dzisiaj zostawiam Was jeszcze z wersją dla długowłosych.


A tak poza tematem: zakwitło moje drzewo :) Może jestem dziwna, bo bardziej niż wszelkie wyprzedaże i kosmetyczne nowości zelektryzował mnie widok małych drzewek w hipermarkecie. Zawsze marzyłam o własnym drzewie w doniczce. Oby tylko szybko nie osiągnęło planowanych 9 metrów :P

poniedziałek, 2 marca 2015

Nie bój się być brzydką!


Wiesz, jak to jest być kobietą idealnie piękną? Zakładać na siebie za duży sweter i wyglądać lepiej niż odpicowane koleżanki? Mieć twarz tak piękną, że makijaż może co najwyżej oszpecić? Czuć na sobie nieustannie te zachwycone męskie spojrzenia?

No cóż, ja szczerze mówiąc nie wiem. I przez długi czas strasznie mnie to martwiło, bo żyłam w iluzji, że tylko chodząca 10/10 może być szczęśliwa i kochana. W moim  nastoletnim postrzeganiu świata nie było miłości dla brzydkich ludzi i ten świat był cholernie smutny.

Ostatnio natknęłam się na pseudo-motywujący cytat:
„Kobieta powinna być zawsze wystrojona, bo nigdy nie wiadomo kiedy spotka księcia, albo wroga”.

I to też jest cholernie smutne. Zawsze wystrojona. Zawsze piękna. Zawsze wyszczerzona. Bez prawa do jednego dnia grypy żołądkowej, kiedy czujesz się jak kupa. Bez prawa do czerwonej jak burak twarzy po treningu i spoconych dresów. I to tylko dlatego, że na horyzoncie może pojawić się przystojny koleś, albo cizia, która obrabia Ci tyłek? Serio?

25 rysunek, co oznacza, że mam już gotową 1/4 z zakładanych 100 rysunków w tym roku. Nieźle. Rysunek inspirowany teledyskiem do "Style" T. Swift.

W czasach nastoletnich i tych zaraz-po-dwudziestce zgłębiłam całą wiedzę zawartą w prasie kobiecej, a potem dokopywałam się do czeluści internetu. Gapiłam się na zdjęcia kobiet zrobionych na idealne, podpatrywałam koleżanki 10/10 i szukałam metody na dołożenie sobie kilku punktów na skali. Nie chcę liczyć ile przepieprzyłam w ten sposób czasu i kasy, pewnie sporo, ale cóż – to se ne vrati. Tylko czułam, że zamiast pięknieć, z tej frustracji i rosnących kompleksów, pikuję w dół niczym orzeł ze złamanym skrzydłem.

W końcu stwierdziłam, że nie ma dla mnie nadziei - nie będę dziesiątką, nie będę ideałem. Może zabrzmieć pesymistycznie, ale w gruncie rzeczy to była jedna z lepszych rzeczy, bo zamieniłam podglądanie doskonałości na podglądanie podobnych do mnie. A niektóre z nich całkiem nieźle sobie radziły w życiu i miały powodzenie wśród facetów.

Spełniłam jedno ze swoich marzeń na 2015 i pojechałam na łyżwy pod Tatry. Mam tylko to jedno zdjęcie, bo zamiast skupić się na podbijaniu Instagrama, wolałam ratować swój tyłek przed upadkiem. Nie umiem za bardzo jeździć, ale mój Facet dzielnie mnie wspierał i nawet poczyniłam jakiś postęp :)

Że jak? Powodzenie? Z nadwagą? Z pryszczami jak kratery wulkanów? Z płaskodupiem i bez odrobiny cyca? Serio złamano mi mój marny i smutny światopogląd. Bo z tych lasek z przedziału 4-6 bił czasem taki niesamowity blask, chociaż przecież nieraz usłyszały, że są za mało ładne, żeby do nich podejść, zagadać i poprosić do tańca. (Często mówili im to przedwcześnie łysiejący kolesie z piwnym brzucholem albo pryszczate suchoklatesy-samokrytyka u niektórych facetów wymyka się wszelkiej logice) Ale przestały się tym załamywać. Zaczęły robić swoje, zajmować się pasjami. Nie bały się pobrudzić, nie bały się pokazać z czerwoną od wysiłku twarzą, nie bały się szczerzyć w uśmiechu krzywych zębów. Wyrzuciły do kosza przykazanie bycie zawsze idealną i gonienia za mitycznym pięknem. Pozbyły się całej tej idiotycznej presji.

Może dlatego, że nie słyszały ciągle, że są piękne i wspaniałe, a często słyszały, że są brzydkie – przestały się bać własnej niedoskonałości. Przestały się bać bycia brzydkimi. I wtedy stały się piękne.

Wpadła mi raz w ręce książka "Beauty Myth" i o ile nie przepadam za nadmiarem feministycznej propagandy, to znalazłam tam jedno mocne stwierdzenie. My kobiety mogłybyśmy o tyle więcej zrobić i osiągnąć, gdybyśmy tylko przestały gonić króliczka o imieniu Piękno. Ale niektórym zależy, żeby ten wyścig trwał w nieskończoność, skoro za obietnicę bez pokrycia zamkniętą w słoiczku gotowe jesteśmy zapłacić małą fortunę. Szkoda, że dla wielu z nas "brzydka" to nadal najgorsza obelga i będziemy sobie wypruwać żyły, żeby tylko jej nie usłyszeć.

Wiem, że zdjęcia w tym poście nijak nie pasują do tematu. Mogłam pewnie wstawić fotkę Terri Calvesbert albo Lizzie Valasquez, ale nie każdy mógłby zrozumieć dlaczego. Jeśli Was to interesuje, to poszukajcie w necie historii obydwu dziewczyn. Dla mnie są sporą inspiracją do tego, żeby przestać rozkminiać taką głupotę jak wygląd, a zamiast tego wyjść do ludzi i działać. Są przykładem ile siły i piękna może czaić się w człowieku.

Czy proponuję Ci spalenie stanika i zapuszczenie warkoczy pod pachami? Broń Boże! Po prostu od czasu do czasu wrzuć na luz. Rób swoje, walcz o własne szczęście, dużo się uśmiechaj, szczególnie jeśli masz krzywe zęby. A jak ktoś Ci powie, że jesteś brzydka, to uśmiechnij się tym swoim najsłodszym uśmiechem i poproś, aby wsadził sobie swoją opinię tam, gdzie jej miejsce. 

*P.S. Jeśli jesteś 10 to zazdroszczę, tak pozytywnie :) Ale pamiętaj, że też masz prawo do gorszego dnia i możesz mieć w dupie całe to olśniewanie. Szczególnie jeśli masz grypę żołądkową. Tobie pewnie też jest ciężko żyć z presją zawsze pięknej i idealnej.

niedziela, 26 stycznia 2014

Tanie Odchudzanie c.d. + rysunek nr 3


Akcja "Tanie odchudzanie" nieco przycichła ostatnimi czasy. Winę zwalam na świąteczny grudzień, kiedy mój żołądek co chwilę raczony był jakimś przysmakiem. Niestety nie wpadłam jeszcze na to, jak odmawiać rodzinie i znajomym trzeciej dokładki, piątego kawałka ciasta i nie pamiętam już którego drinka. Taką jakąś mamy kulturę gościnności, gdzie NIE rozumiane jest jako zakamuflowane, nieco wstydliwe TAAK.

Najważniejsze, że w różowej sukience się dopięłam. Do wyglądu Aniołka VS miałam daleko, a po wchłonięciu kolejnej porcji ciasta siostrzeniec Połówka zapytał w którym miesiącu ciąży jestem (złośliwiec!), ale ogółem jest dobrze.
Zaczynam mieścić się w moje stare ciuchy. Dzięki czemu praktycznie nie potrzebuję kupować nowych. Niezwykła oszczędność :D
Niestety wymiary trochę mi się pogorszyły i póki co za bardzo nie mogę z tym walczyć. W trakcie zeszłego weekendu nadwyrężyłam kolano. Jestem w stanie chodzić, ale już z robieniem przysiadów i innych ćwiczeń wolę nie ryzykować. Za to staram się trochę nadrabiać dietą.

JAK JEM?

   Około 4 razy dziennie.

   Wtedy, kiedy jestem głodna.

  W pracy zaczęłam dzielić obiad na dwie porcje (co pozwala uniknąć ataku poobiedniej senności).

   Prosto (kurczak + kasza + warzywka, owsianka, owocowy koktajl), raczej odrzucam wszystko, czego skłąd brzmi jak tablica Mendelejewa.

   Bez syropu glukozowo-fuktozowego (ogółem to syf, który wciskają teraz do większości jedzenia, a który może nas podtuczyć o wiele bardziej niż zwykły cukier).

   Czekolada z 78% masy kakaowej + suszone morele (niesiarkowane, do zdobycia choćby w Rossmanie) to moje ulubione "zdrowe" słodycze.

   Piję sporo wody, wody z cytryną i zielonej herbaty.

   Często pijam koktajle owocowe z pietruszką, lub burakiem (świetne na odporność, po raz pierwszy jest zima, a ja nie leżę z gorączką!)

Do tego dochodzi prysznic z mydełkiem z borowiną i masaż przy użyciu nawilżającego musu do ciała. I chociaż wymiary zatrzymały się w miejscu, to podczas ostatniej wizyty na basenie popatrzyłam w lustro z zadowoleniem. Cellulit znikł, brzuch jakiś bardziej płaski, figura ogółem smuklejsza. Bez rujnowania się na balasamy wyszczuplające, bez glodzenia się. I sporo oszczędzam na słodyczach i na piwie (w ulubionym odkryłam wspomniany syrop g-f :/). Do lata cały nadprogramowy balast pewnie zniknie i to bez wielkuch męczarni.



A jak tam Wasza noworoczna dieta? 

A jeśli chodzi o kolejny rysunek z cyklu 50 Tygodni, to tym razem padło na znienawidzone przeze mnie rysowanie włosów. Kiedyś w końcu trzeba poćwiczyć technikę, szczególnie że do ideału sporo jeszcze brakuje...



środa, 8 stycznia 2014

Jego Wyskość Kaszmirowy Sweterek!



Napisałam, że celem zakupowym na ten rok jest kaszmirowy sweterek. A nawet kilka. Przyznam, że nie wiedziałam, co czynię, pisząc te słowa. Tyle wszyscy trąbią o tym kaszmirze, więc myślałam, że nic prostszego. Ewentualnie trochę droższego. Ale wchodzisz do jednego z tych sklepów, które każdy przeciętnie zarabiający człowiek omija z daleka i mówisz, że chcesz. Potem przy kasie wylewasz trochę łez podając pin do karty, ale tłumaczysz sobie, że kaszmir to wydatek, który jest tego warty.
Przed zakupem postanowiłam dowiedzieć się, czym w ogóle jest kaszmir i dlaczego wełna z jakichś rzadkich himalajskich kóz jest taka droga. Dostałam palpitacji kiedy zobaczyłam, że sweter z na serio porządnego materiału to wydatek rzędu około tysiąca. Chociaż są też takie za 2,5 tys. zł jak ktoś nie ma co robić z kasą.
Dowiedziałam się, że za zakładane przeze mnie 300-400zł ciężko będzie nabyć coś porządnego, ale postanowiłam się nie zrażać. Wyruszyłam na łowy. Niestety po kilku godzinach w galerii zaczęłam rozumieć motywy tego Azjaty, który niedawno popełnił samobójstwo w trakcie zakupów ze swoją dziewczyną.  Jeśli już udało mi się gdzieś wyśledzić kaszmir, to zazwyczaj było to coś między 5 a 30%. Stanowczo za mało, stanowczo za drogo.
Z pomocą przyszedł internet. Do kupowania ciuchów przez neta jestem dość podejrzliwie nastawiona, ale w tym wypadku nie było wyboru. Do końca przekonały mnie wyprzedaże. Tym samym stałam się posiadaczką beżowego kaszmirowego cuda jakieś 200zł taniej.
Nie chcę teraz robić żadnych ocen, bo może zniszczy się w przeciągu pół roku, ale szlag mnie trafi przez to, że trzeba go prać ręcznie (chociaż szczerze mówiąc, to ja lubię prać sobie ciuchy :) ), albo coś jeszcze się stanie. Po pierwszym wspólnym wyjściu mogę powiedzieć, że jest niesamowicie milusi i cieplusi i faktycznie bardzo lekki. Do tego nic nie drapie, a mnie większość swetrów doprowadza do szału.

Kiedy porównasz go w dotyku z jakimś pseudoakrylowym wyrobem z sieciówki zaczynasz rozumieć, czemu ludzie tak się tym materiałem zachwycają. Najgorsze, że odechciewa się nosić cokolwiek innego, a powiększanie kaszmirowej kolekcji nieuchronnie prowadzi do bankructwa. Mimo wszystko… chcę więcej!

A to moje sweterkowe ponoć kaszmirowe marzenie... i ponoć z H&M!

Żródła grafik z tego posta kolejno: gazeta.pl i google.pl

poniedziałek, 4 listopada 2013

Tanie odchudzanie.


Przyszedł czas, żebym spojrzała prawdzie w oczy. Pasowałoby zrobić coś ze sobą. Oglądam te wszystkie „fitspiracje” (fitnesowe motywacje), podziwiam zgrabne brzuszki, tyłki, uda. Czemu ja tak nie wyglądam? Okej, okej, nie jestem gruba. Daleko mi do tego. Ale jak by nie patrzeć w ostatnich 10 miesiącach przywitałam dodatkowe 8kg siebie.


Mówcie, co chcecie, ale na lato 2014 tak właśnie planuję wyglądać! Albo nawet lepiej :)
Źródło: stylowi.pl

Postanowiłam zatem pozbyć się dodatkowego balastu. Oczywiście w ruch poszedł internet. Chciałam sprawdzić wszystkie dostępne opcje. I tu wyszły niezłe kwiatki.  Dowiedziałam się, że aby schudnąć potrzebuję:
  • stosu książek o dietach (oczywiście każda dieta jest inna i każda przeczy pozostałym),
  • stosu płyt dvd (po kilka od jednego trenera, każdy program jest oczywiście najskuteczniejszy…),
  • kolejnego stosu książek z poradami tychże trenerów ( a także kalendarza na 2014 rok z poradami),
  • markowych kolorowych ciuchów (najlepiej 5 par butów Nike Free Run, każda w innym kolorze, a do tego legginsy za 300zł),
  • karnetu do najbardziej lanserskiej siłki w mieście (takiej, gdzie laseczki biegają w pełnym makijażu),
  • stosu kosmetyków (peelingi, balsamy i sera do wszystkich części ciała z osobna),
  • i kolejnego stosu suplementów diety, odżywek, odchudzaczy w tabletce i izotoników.
Kurde, trochę to wszystko drogie. Więc postanowiłam sobie, że cała akcja odchudzania nie wyjmie z mojego portfela ani złotówki, a nawet pozwoli mi zaoszczędzić. W końcu czego człowiek potrzebuje do odchudzania tak naprawdę? Chyba tylko własnej determinacji, motywacji i siły.

A więc tylko ja, litry potu i jeden balsam ujędrniający. Programy do ćwiczeń pożyczyłam od koleżanki. Czasem znajdę coś na Youtube. Poza tym można po prostu biegać. Żadnych nowych ciuchów do ćwiczeń, żadnych balsamów wyszczuplających. Musi wystarczyć to, co już mam w szafie i kosmetyczce. Do tego mineralna, zamiast izotoników (czy coś, co prawie świeci w ciemności, może w ogóle być zdrowe?).

Zdjęcia niestety niewyraźne, poza tym efektu powalającego jeszcze nie widać :) Strzałki pokazują "kogo" najbardziej chce się pozbyć :)

Efekty po miesiącu? Na zdjęciach jeszcze praktycznie niewidoczne. Do wagi nie mam zbyt często dostępu. Ale centymetr pokazuje pierwsze rezultaty.

Talia: było 70, jest 66 cm
Biodra: było 94, jest 91,5 cm
Udo: było 54, jest  51,5cm

Pod względem kasy zamknęłam miesiąc wydając na zakupy 402zł :))))) Jak się człowiek ogranicza w kupowaniu ciuchów, kosmetyków, niezdrowego żarcia, słodyczy i pierdółek, to się okazuje, że nie potrzebujemy dużej ilości kasy :)))))

A tak będę skakać z radości, mając wymarzone ciałko :)
Źródło: stylowi.pl

Jest całkiem dobrze. Zresztą powiedzmy sobie szczerze, że moje ciało nie jest podatne na żadne Całkowite Metamorfozy w Miesiąc. Wiem co mówię. Robiłam ostre treningi cardio po 6 razy w tygodniu i dorobiłam się jedynie lepszej kondychy, a potem ostrego przetrenowania. Także teraz na spokojnie: zdrowa dieta (wychodzi o wiele taniej, niż żywienie się w fast foodach) i ćwiczenia 3-5 razy w tygodniu (zazwyczaj darmowe, z przewagą zumby, która jest dla mnie zabawą). Nigdzie mi się nie spieszy, mam kilka miesięcy czasu. Ale w końcu dorobie się tej wymarzonej i wypracowanej figury!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...