środa, 31 grudnia 2014

Kim chcesz być za rok?



Stało się. Nadszedł ostatni dzień w korpo. Zamknęłam wszystkie kejsy, wyrzuciłam papierzyska, oddałam swoje słuchawki. Narzędzie pracy, które z przerwami towarzyszyło mi od 2011 roku. Obiecałam sobie, że to koniec. Że nigdy, przenigdy nie wrócę do tego narzędzia tortur.

Było łzawo i dziwnie, ale powtarzam sobie, że tak trzeba. W końcu jeśli nie znosisz czegoś robić i przez rok nic nie zmienia się na lepsze, chociaż próbujesz, to jedynym wyjściem jest przestać to robić. Tylko i aż tyle.

Wróciłam do domu i przestudiowałam wyraźnie swoje przemęczone odbicie w lustrze. Kim mogłabym być, gdybym trochę bardziej się starała? Gdzie leży granica moich możliwości?

Już od dawna uważam, że Karolina – Doradca Klienta to jakieś wynaturzenie, do którego nieopatrznie dopuściłam. To pójście po linii najmniejszego oporu. To bezpieczny wybór, w którym zamykają się miliony osób. Ale nie wierzę, że to jedyny wybór. To nie może być jedyny wybór.

Nie będzie postanowień w tym roku. Popatrzyłam na zeszłoroczna listę i uświadomiłam sobie, że zrealizowałam może 1/3 z nich. To się mija z celem.

Ale powiem Wam , kim chce być za rok:

Za rok chce być uśmiechnięta.
Chcę wyciskać życie jak cytrynę.
Chcę być panią własnego czasu i kariery.
Chce się rozwijać.
Chcę nabyć kilka nowych umiejętności.

Co zamierzam zrobić, żeby taką być?

Zamierzam powalczyć z własnym pesymizmem i odganiać czarne myśli.
Zamierzam przyjąć taktykę jak z fimu „Yes Man” – nie odrzucać okazji, które podsyła mi los tylko dlatego, że się boję.
Zamierzam więcej rzeczy tworzyć, niż konsumować (nie wiem, czy rozumiecie cokolwiek z tego podpunktu, mam nadzieję że tak).
Zamierzam bardzo, bardzo, bardzo ciężko pracować.

Jakie mam marzenia na 2015?

Marzenia są chyba lepsze od postanowień. Postanowienia są nudne i już po tygodniu człowiek szuka wymówek. Marzenia spełnia się fajnie. A jak się ich nie spełnia to też nic się nie dzieje. No tylko takie życie bez spełniania marzeń jest troszkę nudne. Więc spisuję tutaj swoje 12 sztuk marzeń i mam nadzieję, że będę je wykreślać systematycznie. Jeśli nie, to po prostu oznacza, że gdzieś na którymś etapie zabrakło mi jaj.

1. Kupić psa. Odwlekam to marzenie już od dwóch lat. Bo za małe mieszkanie, bo za dużo czasu jestem w pracy, bo to wielka odpowiedzialność. Koniec tego. Chce tego z całego serca, więc pora to zrobić.

2.Ogarnąć wygląd bloga. Prowadzę go już trochę czasu i sprawia mi to taką zwykłą ludzką przyjemność. Nie czuję presji bycia blogowym fejmem, ale jednak to takie moje małe dziecko. Dziecko, które teraz ubrane jest w najgorsze łachy. Pora zadbać o to, żeby Exkonsumpcja stała się miejscem ładnym.

3.Pojechać do Paryża. Dwa słowa: Wersal i Disneyland. Ok, obydwa znajdują się po Paryżem, wiem o tym. Realizacja marzeń z dzieciństwa.

4.Analogicznie z odwiedzeniem Rzymu. Marzenie, którego nie zrealizowałam rok temu. Bo rzuciłam się na pracę. Zupełnie bez sensu. W nowym roku spacer uliczkami Wiecznego Miasta przedkładam nad najbardziej tłustą wypłatę.

5.Przetrwać 100 DNI BEZ ZAKUPÓW. Miesiąc to była ledwie próba. Całego roku mogłabym nie podołać. 100 dni wydaje się być dobrym testem silnej woli i ostatecznym złamaniem wpajanego nam przez świat przekonania, że musimy kupować.

6.Sprzedać jakiś swój rysunek. Owszem, ma to być rysunek dobry, w który włożę swoje serce. Nie chcę sprzedawać nikomu szmiry. Ale to jest właśnie to, co chcę robić. Rysować i poprawiać swoimi rysunkami humor innym.

7.Pójść na balet lub do opery. W tym roku w moje urodziny wypadł pokaz Jeziora Łabędziego, a ja NIE POSZŁAM, bo cośtam.

8.Zwiedzić 25 zamków/pałaców w Małopolsce. Lubię takie miejsca. Szczególnie to trochę mniej znane, a w pobliżu mam ich sporo.

9.W 2015 narysować 100 rysunków. W tym roku udało się z 50 lekką ręką, to chyba warto podwoić stawkę.

10.Pojechać na wakacje. Nie byłam w tym roku. Wakacje, ehhh marzę o nich. O szumie fal i lenistwie na plaży. Lenistwie i już. Żadnego zwiedzania od 6 rano, tylko błękitna woda, palmy, piasek i ja.

11.Nauczyć się jeździć samochodem. Dla części z Was pewnie brzmi to śmiesznie, ale boje się prowadzenia samochodu. No ale to jednak trochę wstyd nie potrafić nawet przejechać kilku metrów prostej drogi, kiedy Twój chłopak prosi Cię o szybką pomoc w zaparkowaniu pod domem znajomych. Na prawo jazdy się jeszcze nie porywam w tym roku, ale samego skila przydałoby się nabyć.

12.Odzyskać kondycję. Całkowicie straconą przez siedzący tryb życia. Sposób nieistotny, nie narzucam sobie żadnych treningów, ani ich ilości. Będzie mi się chciało, to zrobię trening kardio, nie – to pójdę na spacer. Byle ruszyć te zastane kości.

Taką osobą chcę być w 2015. Chce działać, popełniać błędy, upadać i podnosić się. Rozwijać się.

A Ty kim chcesz być?

wtorek, 23 grudnia 2014

2014: foto, sukcesy i porażki




Nadchodzą Święta i powiem Wam szczerze - zamierzam jeść, pić, rozmawiać, śmiać się, wychodzić na zewnątrz i delektować się powiewem wiatru na twarzy. Zamierzam czytać książkę leżąc przed kominkiem, iść na spacer do lasu, składać ludziom życzenia. Ale nie mam już siły tworzyć na bloga wypocin w temacie świątecznym, bo temat ten już się wyczerpał. Pozostaje tylko Świąt doświadczyć.

Zamiast tego postanowiłam może nawet bardziej dla siebie samej podsumować rok, który powoli dobiega końca. Były już osoby, które mnie inspirowały. No ale co się w ogóle działo? Co było dobrze, a co się totalnie schrzaniło?

Zapraszam Was na kilka zdjęć zebranych losowo z całego 2014. Oddają klimat często zwyczajnych, ale radosnych dni, których nie brakowało w ostatnich miesiącach. Przypominają też o tym co dobrego i o tym, co trochę gorszego się wydarzyło.



 Skradziony poniedziałek na przełomie maja i czerwca. Urlop na żądanie to genialny wynalazek. No i ta myśl, że podczas gdy ludzie w pracy gapią się w monitorek i wykańczają nerwowo klawiaturę, Ty delektujesz się promykami słońca, kawką i książką... :)



 Smak lata. Własnoręcznie zebrany i zjedzony chwilę później.





 Jedwab i ulubione perfumy. Pod względem zakupowym rok upłynął na poszukiwaniu dobrych materiałów i delektowaniu się nimi. Chociaż moja szafa dalej jest żałosna. Chyba potrzebuję stylistki   :(





 Wiedeń...



 Wiedeń, oraz...





...jeszcze trochę...




 
...Wiednia!



SUKCESY 2014

FINANSE:
Miesiąc bez zakupów po raz kolejny udany. Było nawet łatwiej niż w 2013. W planach trochę większy projekt bezzakupowy.
Moje oszczędności nigdy nie były wyższe - chociaż to się może od stycznia zmienić. Założoną kwotę, którą miałam uzbierać do końća roku miałam na koncie tak naprawdę już w październiku.
Spełniłam też swój cel i dostałam pracę z fajną wypłatą, pomimo przekonania mojej rodzinki, że w tym kraju pozostaje tylko tyrać za najniższą krajową.

KARIERA:
Wytrwałam rok w korporacji. Kiedyś przeczytałam, że zatrudniając się w korpo powinniśmy dać sobie 12 miesięcy i przez ten czas pracować ciężko, a potem zastanowić się, czy zostajemy na dłużej. Zastanowiłam się - to nie dla mnie. Nie zmienia to faktu, że sporo się nauczyłam, sporo zaobserwowałam, sporo ludzi poznałam. Jesli jednak ludzi dałoby się podzielić na dwa typy: idealnych korpo-pracowników i ich absolutne przeciwieństwa, to ja jestem w tej drugiej grupie.

PODRÓŻE:
Mój kochany i ekstremalnie piękny Wiedeń powitał nas w czerwcu piękną pogodą. Przewłóczył nas po sobie wzdłuż i wszerz, aż wieczorem modliłam się o to, żeby można było na chwilę odpiąć sobie nogi i odłożyć je na bok - tak bolały. Pierwszy raz (i to w Muzeum Historii Naturalnej) dotarłam do etapu, w którym poczułam, że na serio nie zrobię już nawet kroku. Ale zrobiłam :)
Sporo też pojeździliśmy po naszej pieknej Polsce, w myśl, że cudze chwalicie... Koninki, Korzkiew, Rudno, Warszawa. Mamy kilka pięknych zakątków. Bardzo pięknych.

ROZWÓJ:
Postanowienie wykonania 50 rysunków w 50 tygodni ma się ku końcowi i praktycznie zostało zrealizowane. Co ja się naprzeklinałam, ale i nacieszyłam. No i co się nauczyłam! Już wiem, że to jest to, co mnie odpręża, co sprawia, że czas wokół mnie zatrzymuje się i zapominam nawet o najwredniejszym kliencie.
Przeczytałam parę dobrych książek. O, no i przestałam wreszcie przeglądać PUDELKA (a także Kozaczka, Papilota i Zeberkę - kurcze ile ja czasu kiedyś traciłam na te wszystkie pierdoły...).
Nauczyłam się troszkę rzeczy wcześniej niepojętych względem Excela i Gimpa. Co nieco poczytałam o cykaniu fotek i z mojej cyfrówki (co za obciach, nie mam lustrzanki) zaczęły wydobywać się dzieła odrobinę mniej żenujące. No i polubiłam jogę. O, i pierwszy raz grałam w bilard.




Koninki. Jeśli szukacie ciszy i spokoju, jeśli lubicie łazić po górkach i pagórkach, jeśli zapiekankę jedzoną "na szczycie" uważacie za najlepszy rarytas - polecam. Miejsce w którym panuje dobra energia, a ja od pierwszego spojrzenia się zakochałam. Gdybym była bogata, kupiłabym kawałek ziemi, wybudowała pensjonat i zapraszała znajomych i nieznajomych, żeby delektowali się tym miejscem.




Lampki świąteczne. Jedne z moich ulubionych. Tak, powiesili je jeszcze w listopadzie i co z tego?




 Nowa pasja - odkrywanie polskich zamków, dworów i pałaców. Im mniej znane, tym lepiej. Nie uwierzycie, jakie cuda kryją się czasem bardzo blisko nas. Cel na 2015? Zobaczyć wszystkie zamki Małopolski, albo chociaż większą ich część.




Generalnie nie lubię tego. Tego czyli bibelotów. Ale ten prezent jakoś tak przypadł mi do gustu. Można mieć na oku kilka ulubionych sztuk biżuterii. No i muszelki, żeby po głowie obijał się szum fal. Dzięki Anka! :)




Moje dzieło. I to z przekazem, bardzo bliskim mojemu sercu. Tak myślę, że jeśli nie kochasz tego co robisz, to daleko nie zajedziesz. Nawet jeśli dobrze Ci płacą. Mój pierwszy rysunkowy prezent i zarazem pierwsze moje dzieło, które wkrótce zostanie przerobione na pełnoprawny plakat. Jestem dumna :)




 Polska potrafi być czarująca. Moja cyfrówka potrafi czasem zrobić zdjęcie, które mi się podoba.





 Garbusik. W ramach wyzwań rysunkowych. Jeśli uda nam się kiedykolwiek opuścić naszą Klitkę, to powieszę go na ścianie. Nie do końca perfekcyjny, ale wybaczam mu to. Ważne, że poprawia humor mi i Połówkowi.



PORAŻKI 2014

KARIERA:
I tutaj znowu korpo. Bo odbiłam się od muru. Jestem za mało asertywna, za mało mam w sobie buty, za dużo myślę o innych, wczuwam się w ich sytuację. Nie przebiłam się przez grubą ścianę. Nie miałam siły na awanse. Akceptowanie chamstwa i spychologii odebrało mi motywację. Nie zrobiłam kariery - to też trochę porażka.
No i dalej nie do końca wiem, co chcę w życiu robić. Niby coś się rysuje na horyzoncie ("rysuje" to dobre słowo dla mnie), ale na Boga, mam 25 lat i coś pasuje zrobić ze swoim życiem. Może stąd decyzja, że porzucam słuchawki, mam nadzieję, że na zawsze.

SPORT:
Zostałam patentowanym leniem kanapowym. Nie zrobiłam szpagatu, co było jednym z celów na 2014. Poniekąd tutaj wygrał rozsądek - bolało w trakcie ćwiczeń rozciągających i po, uznałam więc, że nie będę walczyć z własnym ciałem. Ale oponki na brzuchu i ujemnej kondycji już tym nie wytłumaczę.

PODRÓŻE:
Wiedeń Wiedniem, ale wiecie czego najbardziej żałuję? Że nie miałam w tym roku wakacji. Takich długich, z wylegiwaniem się na plaży. Pracowałam ciężko cały rok i czuję, że nie nagrodziłam się za to. Nie zafundowałam sobie wspomnień, nie spełniałam głupich dziecięcych marzeń. Nie byłam w Rzymie, ani w Disneylandzie, ani w Wersalu (kilka moich podróżniczych marzeń). Teraz już wiem, że to ważniejsze niż oszczędności kasy i urlopu. To będzie priorytet na przyszły rok.


Kolejny skradziony dzień. UNŻ to genialny wynalazek, mówiłam już? Tym razem zamiast się lenić wyruszyłam na spacer po Krakowie.




 Łazienki. Uwielbiam ze względu na wiewióry, które włażą na człowieka byle dostać coś do zjedzenia. No i pawie. Pawie są genialne. Mogę łazić za nimi godzinami. Niestety moja cyfrówka odmawia zrobienia im zdjęcia, które nie jest rozmazane.





Pierwsza poważniejsza próba z kredkami. 




Na plany na 2015 przyjdzie jeszcze pora. Tylko kilka, za to konkretnych. Chociaż i tak to działanie się liczy, a nie kilka spisanych zdań.

A póki co Wesołych. Objedzcie się pierniczkami i całą resztą pyszności. I odpocznijcie. :)










piątek, 19 grudnia 2014

5 osób, które zmieniły mój 2014 (i mnie samą też)

Mój cień macha do Was :)

Zbliża się czas podsumowań i rozliczeń. Patrzenia na listy postanowień noworocznych z dumą lub rozczarowaniem. Za chwilę większość z nas stworzy kolejne. Facebook za moment pewnie udostępni możliwość zamienienia wszystkich Twoich postów w krótki filmik, który następnie zaspamuje ludziom walla. Na blogach, w radio, w plotkarskich portalach pojawią się listy wszystkiego, co było na TOPie w mijającym roku.

Dla mnie 2014 to było 12 miesięcy poświęcone ludziom. Ludzie zmienili ten rok. Ludzie z którymi pracuję, przyjaźnie się. Ludzie którzy coś tworzą. Ludzie, których „czytam”.

Nigdy nie byłam typem ludziolubnym. Daleko mi do ekstrawersji. Wszystko chowam do siebie. Nie przyjmuję opinii, bo jednak ja wiem lepiej. Ale w 2014 otworzyłam się na ludzi i pozwoliłam im zmienić swój świat. I siebie. Myślę, że na lepsze.



Kto najbardziej odmienił mój rok?

Ania z bloga ANIAMALUJE

Z którą często się nie zgadzam, a czasem wręcz mnie wkurza. Ale jednak – kilka jej postów i książka zasiały w moim mózgu ziarno. Ania zabiła moją chęć niewyróżniania się z tłumu. Zniszczyła moją chęć do płynięcia z prądem. Wytknęła mi boleśnie moje malkontenctwo i lenistwo. Otworzyła mi oczy. Gadanie, stękanie, obgadywanie, narzekanie, że inni mają lepiej. Nie jest łatwo się do tego przyznać. Jeszcze gorzej z tym walczyć. Zaczynałam rok jako osoba, która potrafiła dobić zdrowego psychicznie człowieka J Kończę, jako osoba, która również potrafi dobić, ale robi to o wiele rzadziej. Ania wywala człowiekowi flaki na wierzch, bezczelnie wytyka wady. Uczy zastanawiać się nad sobą i światem, pytać, próbować, działać. Uczy, żeby nigdy się nie poddawać.

Ania – moja koleżanka z pracy

Druga Ania, której przez ten rok udało się coś, czego nie dokonał jeszcze żaden człowiek. Wyleczyła mnie z narzekania dla samego narzekania. Po prostu odmawiała słuchania tego. Ale że jest osobą ciekawą, z którą zdecydowanie CHCIAŁAM rozmawiać przez cały ten rok, musiałam wycinać z konwersacji 90% negatywnych rzeczy. Doszło do tego, że chciałam wysłać jej wiadomość pełną narzekania, ale w trakcie kasowałam treść i pisałam o tym, że niebo ma dzisiaj piękny kolor. Do tego dorzucałam linka do czegoś motywującego. W poniedziałek rano W PRACY wychwalałam pyszne śniadanie, a po wyjściu na przerwie na zewnątrz zachwycałam się zapachem stojącej obok choinki. To ogromna zmiana!

Łabędzie to wyjątkowo wredni modele...

Brooke Saward z bloga World of Wanderlust

Kolejna blogerka, którą się dosłownie zaczytuję. Dla mnie dziewczyna z nieziemską odwagą, bo trzeba mieć odwagę, żeby spełnić swoje marzenie, spakować walizkę i wyjechać samotnie w podróż po świecie. Pokazała mi, że istnieje coś poza standardem. Coś poza korpo i pokornym znoszeniem szarego życia, bo przecież „tak musi być, wszyscy tak żyją i nie można inaczej ”. Okazało się, że można. Dzięki niej wróciłam do marzeń. Przypomniałam sobie, że chcę zobaczyć Disneyland i zorzę polarną, chcę kupić psa i wynieść się z Krakowa. To ona i jej pełne optymizmu i energii posty z drugiego końca świata upewniają mnie, że dobrze robię zwalniając się. Że warto krok po kroczku iść w kierunku swojego wymarzonego życia. Na przekór wszystkim. Przypomniała mi, że świat jest miejscem pełnym cudów i warto robić wszystko, żeby je zobaczyć, zamiast marnować swoje najlepsze lata uderzając palcami w klawiaturę i zarabiając forsę dla jakiegoś nienażartego giganta biznesowego.

Moja kierowniczka

Fajnie i miło jest, kiedy mamy styczność z osobami, które lubimy i z którymi łatwo nam się pracuje. Niestety o mojej obecnej przełożonej nie mogę tego napisać. Od początku nie rozumiałam jej podejścia, stylu pracy, sposobu zachowania. Kiedy została moim bezpośrednim szefem przeczułam, że oto nadciąga koniec mojej kariery i wiele się nie pomyliłam. Ale nigdy nie powiem, że jest zła w tym, co robi. Widać, że to kocha i że bardzo się stara. To po prostu różnica charakteru i życiowych wartości pomiędzy nami - stoimy po dwóch różnych stronach barykady. Ale praca z nią wiele mi dała. Zawsze dobrze dogadywałam się ze swoimi przełożonymi – tutaj musiałam pracować nad relacją. Czasem uznać jej racje, czasem gdzieś wewnętrznie zupełnie je odrzucić (otwarte odrzucenie czasem mogłoby się ciężko skończyć). Podrzuciła mi kilka dobrych pomysłów, na koniec współpracy podzieliła się szczerą opinią, którą muszę uznać za najbardziej konstruktywny feedback jaki mi się w życiu trafił. Trudny szef to trudna sprawa, ale czasem można się dzięki niemu wiele nauczyć o sobie samym.



Grudniowa "plaża"


Mój guru rysunkowy. Nie wiem jaka jest, jaki ma charakter i co lubi jeść na śniadanie. Wiem za to, że tworzy coś pięknego. W liceum straciłam wiarę w sens rysowania – moja Dziewczyny wydały mi się takie bezsensowne. Nie warto, nikt tego nie doceni, nikomu to przecież niepotrzebne. W 2014 narzuciłam sobie wyzwanie 50 Tygodni, które w części rysunkowej (i tylko w tej) udało mi się zrealizować. W międzyczasie zobaczyłam gdzieś rysunki Elle i od tego momentu wiem, że JA TEŻ TAK CHCĘ. Przywróciła mi moją pasję, nadała jej konkretny cel. Czasem to aż boli, że ona coś potrafi, a mi wychodzi szkarada, ale biorę ołówek, zaciskam zęby i rysuję. Wierzę, że każdy jeden rysunek, nawet ten totalnie zmaszczony to jeden maluteńki kroczek w stronę takiego poziomu. Może kiedyś i moje wypociny sprawią komuś radość.

A kto odmienił Wasz 2014?

niedziela, 14 grudnia 2014

Dlaczego tak mało mnie na blogu?


Cóż, nigdy nie byłam blogową maksymalistką, to prawda. Lubię pisać wtedy, kiedy mam na to ochotę, kiedy pojawi się jakiś temat, który mnie gryzie. Czasem coś zaplanuje, napiszę na zapas, korzystając z weny. No ale nic na siłę.

Powiem Wam szczerze, że na chwile obecną jest ciężko. Powoli nadchodzi ten dzień, gdy znowu dołączę do grona bezrobotnych. Chociaż nie pasuje mi to słowo do mnie. To mój wybór. To moja decyzja. Poparta świadomością, że jeśli teraz nie porzucę tej nudnej i ogłupiającej roboty, to potem będzie tylko gorzej. Może dopadnie mnie stabilizacja? Świat kredytów i dzieci w drodze? Wtedy już nie będzie można zaszaleć, trzeba będzie trzymać się pewnej posadki.

Z jednej strony czuję, że robię dobrze. Z drugiej… jak się pięć razy w tygodniu ma styczność z ludźmi, którzy dla pieniędzy przekreślili swoje marzenia… Ludźmi, którzy mówią, że tak właśnie wygląda życie. Że to głupota wierzyć, że praca może być naszą pasją. Bywa, że ciężko mi uwierzyć, że nie oszalałam, że właśnie nie popełniam NAJWIĘKSZEJ POMYLKI swojego życia.

Ale ja nie chcę, żeby tak to wyglądało, więc trzymam się swojej decyzji.



Pomiędzy ostatnimi załatwieniami w pracy i odliczaniem dni, staram się wyznaczyć sobie jakieś cele na kolejne miesiące. Spisuję w głowie plany i marzenia, których nie chcę już odkładać. Do tego spotykam się z ludźmi – niektórych mogę szybko nie zobaczyć. Zwiedzam, oglądam i poznaję. Robię dużo zdjęć. Szukam ścieżek i możliwości, które będę testować w przyszłym roku.

A w międzyczasie staram się poczuć klimat Świąt i nie oszaleć.

Powtarzam sobie – dobrze będzie! Hakuna mata! Raz się żyje i jak nie teraz, to kiedy?

Na koniec napiszę, że bliską mi osobę dotknęła ogromna tragedia. To też rodzi przemyślenia, że nie warto żyć życiem innych. Nie warto odkładać swoich marzeń. Nie warto każdego dnia drżeć o jutro. To jutro może nie nadejść, okazja do spełnienia marzeń już nigdy się nie pojawi. 

Nasze życie to cholernie krucha sprawa, dlatego każdego dnia musimy walczyć o to, żeby wyglądało dokładnie tak, jak to sobie wymarzyliśmy.

Wydaje się, że możemy pewne rzeczy odwlec. Poczekać kilka lat w znienawidzonej pracy, odwlekać podróże, zakup zwierzaka, przeprowadzkę, wizytę w Disneylandzie, czy o czym tam jeszcze ludzie marzą. Nie możemy odwlekać. Nie możemy przeczekiwać swojego życia. Nie możemy i już!

Obiecuję, że od przyszłego roku na blogu się poprawi.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

WYRZUĆ-LISTA! Wyrzuć coś sobie na Święta!


Słowo pisane w internecie ostatnio mocno mnie przytłacza. Jest to słowo suto ozdobione pastelową grafiką z każdej strony. I bombardujące mnie zewsząd pomysłami na prezenty.

Przysięgam, jeszcze jedna wish-lista i zacznę wymiotować kokardkami.

To jest już NUDNE. NUDNE! Wiem, sama też poczyniłam wpis w tematyce około podarunkowej, ale to było jeszcze w listopadzie, kiedy człowiekowi dopiero majaczyło się coś o Świętach. A teraz wszyscy jak jeden mąż rzucili się do produkcji prawie identycznych postów. Od kilku dni z rozkoszą zaczytuję się w blogach, w których słowo prezent nie występuje. A podarunkowe listy morderczo traktuję czerwonym krzyżykiem.

Ja Wam zaproponuję inną listę. Wyrzuć-listę. Dokładnie tak: wyrzuć- listę. Spraw sobie prezent i wyrzuć coś na Święta. No, albo oddaj innym.


A co się najlepiej wyrzuca?

Wyrzucać możesz właściwie to, co chcesz. Pełna dowolność. Najlepiej jednak, żeby nie było to coś absolutnie niezbędnego do życia. Na przykład odradzam wyrzucać jedzenie. Jedzenie jest potrzebne. Wyrzucenie wszystkich ubrań to też zły pomysł – w końcu mamy zimę i szkoda odmrażać sobie pośladki. Szczególnie jeśli masz ładne pośladki.

Po co wyrzucać cokolwiek przed Świętami?

Bo Święta wymagają przestrzeni. Wiecie, te wszystkie choinki, szopki, piernikowe chatki. To zajmuje kupę miejsca. Jak coś wyrzucisz, to zrobisz Świętom miejsce. No i szkoda, żeby Mikołaj wybił sobie zęby potykając się o Twoje graty. Po czymś takim, raczej nie dostaniesz fajnego prezentu.



A tak na poważnie…

Uwielbiam robić na przekór! Też tak macie? Jak namawiają mnie do bycia pewną siebie, to stawiam na skromność. Jak krytykują czerwoną szminkę, to właśnie nią pomaluję swoje usta. Jak każą mi kupować stosy ślicznych rzeczy, to zacznę rozglądać się za czymś do wyrzucenia. Uwielbiam tą przekorę.

Co sobie wyrzucę na Święta i co Wy też możecie sobie wyrzucić?

Wyrzucam stare papierzyska i gazety.

Wyrzucam kolejną porcję ubrań z których „wyrosłam” i w których nie czuje się dobrze.

Wyrzucam nieużywany sprzęt sportowy.

Wyrzucam „ozdobne” opakowania – odziedziczyłam po babci syndrom chomikowania ładnych puszek i butelek.

Wyrzucam przeterminowane szminki.

Wyrzucam te straszne żółte buty na koturnie (co ja sobie myślałam, kupując je?)

Wyrzucam gadżety otrzymane od (jeszcze) obecnego pracodawcy i od byłego pracodawcy – to skończony etap.


Wyrzucam Oddaję nie swoje książki ich właścicielom.



A Ty co sobie wyrzucisz na Święta?

P.S. Pochwale się jeszcze największym sukcesem antyzakupowym ostatnich dni: oparłam się ręcznie malowanym bombkom. Mój wewnętrzny wielbiciel świątecznych dekoracji już krzyczał "BIERZ WSZYSTKIE". Na szczęście dotarło do mnie, że na naszej malutkiej choineczce nie zmieści się już nawet pół bombki. Wrócę do tematu po dorobieniu się większego okazu. W tym roku koniec zakupów.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Świąteczna gorączka


W mojej niewielkiej, bo aż dwuosobowej rodzinie jestem Bojowniczką i walczę przeciwko wszystkim zbędnym zakupom. Pytam po sto razy, czy na pewno potrzebujemy aż tyle. Gadam o tym, że idę coś kupić, po czym idę po to do sklepu i stwierdzam, że nie jednak nie.

Dlatego spodziewacie się pewnie stękania, że oto grudzień ledwie się zaczął, a w sklepach już choinki i Mikołaje z czekolady. Że konsumpcjonizm i sztuczki marketingowe czyhają za każdym pudełkiem z bombkami.

Nooo nie do końca… Bo kurde aż przykro w takim pięknym czasie w roku tracić czas na gadanie o takich pierdołach.

Grudzień to miesiąc kiedy w trosce o własne życie ograniczam łażenie po sklepach. Można zostać stratowanym przez rozszalałe rodzinki z 5 ryczących dzieci i mamuśką krzyczącą na mężusia, że jeszcze to i tamto. Dlatego wolę omijać te miejsca z daleka. Ale jeśli już cos mnie tam przygna to nie stękam. Doceniam. Podziwiam konstrukcje lampek i udekorowane choinki. No i te wspaniale pakowane słodycze. Cudowności wizualne.




W grudniu nie potrafię narzekać na wszechobecną konsumpcyjną nagonkę. Nie potrafię myśleć w takich beznadziejnych kategoriach. Dla mnie grudzień ma ten klimat. Już czuję zapach czekolady i pomarańczy i choinki. Widzę płonący kominek i stół zastawiony domowymi przysmakami. Słyszę głośne rozmowy przy dobrym winie i cicho nucone kolędy. 

Godziny w kolejkach? Kłótnie przy marketowej półce? Zmęczenie i ciągłe podliczanie wydatków? To w ogóle nie łączy mi się ze Świętami. Ma być prosto, pięknie i bez napiętej atmosfery.

Poza tym mam kilka swoich sposobów, żeby nie dać się wydoić z kasy. Jakich?

Mój budżet na dekoracje świąteczne to całe 100zł
Mamy już trochę ozdób z zeszłego roku. Na te dokupione w tym roku póki co wydaliśmy jakieś 30zł. Do tego jeszcze lampki i cukierki na choinkę. Najprawdopodobniej nawet tej stówki nie wydamy. Kocham piękne bombki i czasem uruchamia mi się w głowie chęć kupienia wszystkich. Jednak cały czas mam przed oczami wizję naszej choinki i cześć rzeczy odrzucam, bo nie pasowałaby do reszty. Drugą część odrzucam, bo gdzie to się niby zmieści? I tak zostaje tylko to, co najważniejsze.

Prezenty
Na nie zbierałam kasę od września. Uzbiera się w sumie coś około 550zł. Mam przemyślane i wybrane, co i komu chcę kupić. Warto było ruszyć temat zaraz na początku jesieni. Minus jest taki, że dopiero w przyszłym tygodniu planuję udać się na prezentowe zakupy, co oznacza przepychanie się przez przeludnione sklepy i kilka godzin z głowy. No ale pooglądam sobie znowu lampki, a to już jakiś plus.

Dobroczynność
Niestety zewsząd atakują wolontariusze. Tutaj pięć szlachetnych paczek, tutaj miś dla biednego dziecka, a obok jeszcze coś innego. Wszyscy starają się wywołać w Tobie to uczucie, że jak akurat IM nie pomożesz, to ZŁY z Ciebie człowiek. Bardzo zły i bezduszny. Czy trzeba komuś mówić, że jeśli każdemu rzucisz po kilkadziesiąt złotych, to sam będziesz głodował przez Święta? Dlatego ja wybrałam jedną akcję, którą wspomogę, bo chcę. Resztę odpuszczam. Dobroczynność jest czymś wspaniałym, ale wszystko trzeba robić z głową.

Ciuchy i kosmetyki
W planie na ten miesiąc są jedynie porządne kozaki. I nic więcej. W związku z faktem, iż mam też w grudniu urodziny, pewnie szarpnę się na jakiś prezent dla samej siebie. Możliwe, że będzie to najnowsza powieść S. Kinga. To i tak nie jest zbyt rozbudowana lista życzeń.

Żadnych zakupów w tygodniu przedświątecznym
Poza jedzeniem, bo jeść trzeba. Całą resztę chcę mieć załatwioną do 16 grudnia.



I tak to mniej więcej wygląda. 

A no i za dwa dni ubiorę choinkę. Możecie mnie za to linczować, ale chce się nacieszyć jej widokiem :) Nie poczytuję tego jako sprania mózgu przez reklamy z Coca Coli. Po prostu dla mnie świąteczny klimat to i z pół roku może trwać.

środa, 26 listopada 2014

Byle do piątku?


Już wczoraj było ciężko. To dopiero wtorek, a ja czułam się jakby to był piątek. Trzeci z rzędu i z pominięciem weekendów. Dużo się dzieje. W pracy kilka nowych pustych biurek, w pamięci kilka przeczytanych ostatnio książek, w głowie kilka mocnych postanowień.

Bo, wiecie...Rzucam moją korporację. Tak, właśnie. Znowu.

Nie powiem, żeby mi było jakoś bardzo źle. Plusy i minusy tej pracy jakoś się równoważyły. A jednak coś mi odwaliło. Poszłam do TimLidera (tfu koroposlang) i zasugerowałam zakończenie współpracy na koniec roku.

Ogólnie to zmęczyło mnie już gadanie i kompletny brak działania. Czas leci. Poświęcam na tą pracę do 12 godzin dziennie. Kilkaset godzin miesięcznie, które nijak nie zbliżają mnie do mojego życiowego celu. Kilkaset godzin, których nie odzyskam.
Awans na coś bardziej rozwojowego? Może za jakieś 3-4 lata. Przez ten czas zanudzę się na śmierć i stracę trochę zdrowia. Uznałam, że nie warto. Że każdy dzień w tej pracy, to o jeden dzień doświadczenia w wymarzonej pracy mniej.

W zespole wie kilka osób. I znowu to samo co ostatnim razem. Przerażenie, bo „gdzie Ty znajdziesz taką dobrą pracę?”. Zazdrość, bo „ale ci dobrze, że się stąd wyrwiesz, szkoda, że ja tak nie mogę zrobić”. I najgorszy standard, wszechobecny w korporacji i nie mający nic wspólnego ze mną: „szkoda, że tak daleko do piątku! Opiłybyśmy to!”.

Wiecie przez co odchodzę z tej roboty? Przez to cholerne czekanie do piątku! Do końca pracy! Do przerwy, do obiadu, do urlopu, do zwolnienia się, do awansu, do nie wiem kurde czego. Śmierci chyba.

Chce wstawać w poniedziałek rano i uśmiechać się z ekscytacją na myśl o całym kolejnym tygodniu. A nie stękać, że jeszcze tyle czasu do weekendu. Nie chce stracić życia na odliczaniu. To mogło przejść w szkole – czekanie do przerwy, do wakacji, albo do końca w-fu. Jestem za dużą dziewczynką, żeby tyle cennego życia marnować. Nie mam ochoty czekać na to, aż ktoś mnie dostrzeże, da szanse na rozwój łaskawie. Nie oddam swoich 3 lat na słuchanie tych samych żalów.

Nie poświęcę 52 poniedziałków rocznie na załamywanie się. Bo to jest właśnie życie – ten poniedziałek rano, kiedy wstajesz o 6, przeklinasz na czym świat stoi i potykasz się o kabel od ładowarki.
Serio tak to ma wyglądać? Ja się buntuję. Odmawiam. Rezygnuję. I opieprzam pracową kumpelę, kiedy tęsknie wspomina o weekendzie.

„Dziewczyno, jesteś tu i teraz!”


Nie buntuje się na korpo. Może nawet poszukam zatrudnienia w innej. ALE na stanowisku, które mnie rozwinie. Chce się uczyć. Chce się budzić rano z ciekawością kolejnego dnia. Chcę nie czekać do weekendu. Chcę, żeby to weekend na mnie czekał!

Drugie dające resztki nadziei powiedzonko smutnych korpoludków: Środa minie, tydzień zginie! A ja sobie życzę, żeby trwała. I żeby była naprawdę dobrym dniem.

poniedziałek, 17 listopada 2014

Początki mojego minimalizmu


Jeszcze pięć lat temu nic nie wskazywało, że zachłysnę się ideą minimalizmu. Byłam raczej jej zaprzeczeniem. Owszem, lubiłam oszczędzać pewną kwotę co miesiąc. Oszczędności zawsze dawały mi poczucie bezpieczeństwa. Z drugiej strony chciałam mieć jak najwięcej wszystkiego. Wszystkich ładnych rzeczy. Nieważne, czy to ciuchy, kosmetyki, czy jakieś pierdółki z IKEI. Zawsze miałam listę rzeczy „do kupienia”.

Ta lista była jak ten mityczny potwór – ucinasz jedną głowę, a na jej miejsce wyrasta kilka kolejnych. Tak samo było u mnie. Wykreślałam jedną pozycję, ale pojawiało się pięć innych rzeczy, które koniecznie muszę mieć.

Dlaczego jakieś 1,5 roku temu coś we mnie drgnęło? To nie była jedna rzecz, to był ciąg przyczynowo skutkowy, ale chcę Wam napisać o kilku ważnych czynnikach.

Mój facet miał dosyć bardzo, bardzo częstych wizyt w Galeriach!
Pocieszałam się zakupami, a jeśli nie miałam kasy to „kupowałam oczami”. Nie wiem ile czasu tak zmarnowałam, pewnie jak ktoś by mi to wyliczył, to nawet bym nie uwierzyła. Było mi smutno, źle, czy po prostu nudno i już prosiłam o wycieczkę do sklepów. To musiało być strasznie upierdliwe tak ze mną jeździć i łazić. Zakupów z kobietami nie znoszę, więc zawsze na niego spadała ta przyjemność. Z drugiej strony strasznie mnie wkurzało to, że Połówek sporo pije. Z ciągłych narzekań na moje notoryczne wycieczki na szoping i jego skłonność do wysokoprocentowych napojów zrodził się zakład, który stał się początkiem tego bloga :)

Kończyła mi się kasa!
Byłam bezrobotna. Oszczędności kurczyły się. Uświadomiłam sobie, że mój sposób na szczęście instant, czyli ciągłe kupowanie, zaraz sprowadzi mnie na dno. Każda kolejna bluzka, sukienka, kocyk i świeczka zaciskały pętlę na mojej szyi. Nie chciałam się zapożyczać, nie chciałam brać kasy od rodziny. Coś musiało się zmienić. Musiałam nauczyć się szukać szczęścia gdzieś indziej, co na początku było trudne. Wywróciłam swoje nawyki do góry nogami. Przestałam chodzić do sklepów, nawet w spożywczych kupowałam praktycznie tylko niezbędne rzeczy. Musiałam znaleźć nową rozrywkę i nowy sposób pocieszenia. Chyba działa, bo dzisiaj jestem o wiele szczęśliwsza.



Zakupy mogły tylko zakryć pustkę w środku, ale nigdy nie dały rady jej wypełnić!
To się łączy z poprzednim punktem. Kupowałam, skreślałam rzeczy z listy do kupienia, znowu kupowałam, tworzyłam nowe listy. Jeszcze tylko ta sukienka i już będę szczęśliwa. Jeszcze tylko te szpileczki i teraz to na pewno. Nowa mata do jogi? No to teraz już na sto procent zacznę promieniować szczęściem. Dziwnym trafem było cały czas tak samo. Pustka nie malała, mimo że chciałam ją zapełnić stertą nowych rzeczy. A ona wciąż była. Chyba nawet po każdych takich zakupach coraz większa.

Wszędzie bałagan!
Do Perfekcyjnej Pani Domu mi daleko. Czasem przymykam oko na porozrzucane rzeczy, szczególnie jeśli na horyzoncie jest sterta ważnych rzeczy do zrobienia. Z drugiej strony bałagan powoduje, że się duszę. Nie mogę pracować, skupić się. Bałagan mnie przytłacza. Niestety moja chęć posiadania jak najwięcej w końcu się na mnie zemściła. Sprzątałam, ale trzy godziny później dookoła miałam już chaos. Szczególnie odkąd zamieszkaliśmy razem z Połówkiem, który okazał się małym bałaganiącym tajfunem. Nasze mieszkanie ma niecałe 30m², więc każdy zbędny grat robi różnicę. Tymczasem ja potykałam się o sterty ubrań, brudnych kubków po kawie, paragonów i ulotek. Miałam wrażenie, że krążę między zlewem i pralką, a efektu i tak nie było. Wtedy pomyślałam, że pozbycie się tych wszystkich gratów byłoby super. Mniej do sprzątania, bo mniej do bałaganienia, mniej do roboty.

Nie powiedziałabym, że teraz jest idealnie. Może nigdy nie będzie. Czasem kupie coś zbędnego pod wpływem chwilowego ogłupienia, a potem narzekam sama na siebie. Ale mogę oddychać. Wreszcie mogę oddychać. Mam względny porządek w mieszkaniu. Mam rosnącą sumke oszczędności. 90% moich zakupów jest przemyślana i daje mi dużo radości. Nie latam jak ćma za każdym trendem, każdą pierdółką reklamowaną na modowym blogu. Jestem szczęśliwa, bo przestałam szukać szczęścia w rzeczach.
Przeczytałam ostatnio, że nie warto obdarzać miłością przedmiotów, bo one przecież nigdy tego uczucia nie odwzajemnią. 

Z tą myślą mogę Was zostawić :)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...