Kiedy na blogu Minimalist Beauty przeczytałam post
zatytułowany 33 Days Decluter Project coś mnie „tknęło” w środku. Pozbycie się
100 gratów w 33 dni – kuszące. Z drugiej strony pojawiły się miliony „ALE”.
Ale
idą święta i komu chce się poświęcać czas na szukanie gratów do wyrzucenia.
Ale
100 to za dużo, pół szafy musiałabym wyrzucić.
Ale ja nie znoszę wyrzucać
swoich rzeczy!
Ale 33 dni to masa czasu, zaczynam nową pracę i niepotrzebne mi
dodatkowe „głupie obowiązki”. I tak dalej.
Prawda w oczy kole: w niewielkim mieszkanku, które dzielimy
z Połówkiem znajduje się cała masa moich gratów. Często są to rzeczy dobre i
niezniszczone, ale kojarzą mi się powiedzmy z dość paskudnym okresem mojego
życia. Nie używam ich, bo przywołują wspomnienia. Ale zajmują miejsce. A przy
przegrzebywaniu szuflad i półek i tak zawsze na którąś z nich trafię. Dużo jest
też rzeczy z których „wyrosłam” mentalnie, albo rzeczy do których mam sentyment,
ale są już w kiepskim stanie (ukochane trampki :( ). Do tego papiery, książki do pracy magisterskiej, kosmetyki, ciuchy…
źródło obydwa grafik: pinterest.com
Postanowiłam w nowy rok wejść już bez tego nadbagażu. Ale
nie chcę określać dokładnie liczby. Nie wiem, czy pozbędę się 100 rzeczy, czy
50, czy 30. Zakładam minimum 20. W 7 dni. Tydzień to akurat dobry czas na przegrzebanie
się przez własne dobra materialne. Dla wszystkiego, co jest w miarę w dobrym stanie
chciałabym znaleźć nowy dom – niech służy komuś innemu, może z lepszym skutkiem
niż mnie.
Przypuszczam, że każda z nas ma takie rzeczy. Choćby jakiś
prezent od „ex”, który wywołuje nieprzyjemny skurcz w żołądku i chwilowe
zatrzymanie akcji serca. Akurat zbliża się Nowy, Na Pewno Wspaniały Rok. Więc pora pozbyć się balastu, zrobić miejsce na coś nowego :)

